FANDOM


Odcinek 12

 

Lee

 

Odkąd Ubel wkroczył do stolicy, ogłaszając się nowym władcą Myrtany minęły dwa dni. Vengard podnosił się powoli po długim oblężeniu, zakończenie jednego problemu przyniosło jednak kolejne: powróciła sprawa sukcesji i objęcia tronu. Do wszystkich miast Myrtany rozesłano gońców z wieściami o powrocie rzekomego następcy tronu i jego roszczeniach. Spora część pozostałych jeszcze przy życiu paladynów poparła go, upatrując w nim rzeczywistego potomka nieżyjącego króla.

Chwilowo Vengardem zarządzała rada regencyjna, powołana naprędce przez paladynów. W jej skład wchodzili oprócz Lee paladyni Roland, Javier i Galahad. Ubel zezwolił na zwołanie rady, po czym zażądał oddania sobie jej pod kontrolę. Nie chcąc zaostrzać napiętej sytuacji paladyni zgodzili się, przynajmniej na razie, spełnić jego żądanie. Szczególnie skorze przystał na to Galahad, czym jeszcze bardziej zniechęcił do siebie Lee; jako dowódca militarny ale nie paladyn, Lee nie mógł cieszyć się w radzie równie wysoką pozycją co pozostali.

Teraz stał w Sali tronowej, nieco z boku, przypatrując się poczynaniom pozostałych. Paladyni zebrali się, aby przedyskutować sytuację i wyznaczyć następne kroki prowadzące do odbudowy kraju. Oprócz Javiera, Rolanda i Galahada był tu także Olivier, który postanowił poczekać z powrotem do Faring do czasu oficjalnego wyboru nowego władcy, a także Gorn, Sanford i Marius.

Ubel rozsiadł się na królewskim tronie. Zamienił swój wytarty, podróżny strój na brązową tunikę i gruby czerwony płaszcz podbity kolczugą. W ręce dzierżył prostą, dębową laskę – tymczasowe berło dla samozwańczego władcy.

– Niech zbliży się człowiek którego nazywają Sanfordem – powiedział dziwne głośno, jakby oczekiwał, że ma do czynienia z głuchymi.

Sanford wystąpił i uklęknął przed tronem.

– Powiedziano mi – rzekł Ubel – że pomogłeś ludziom z Montery w ucieczce z oblężonego miasta i wsparłeś obrońców twierdzy Gotha. Czy to prawda?

– No cóż, tak – odparł Sanford. – Chociaż to żadna wielka zasługa. Wykonywałem tylko rozkazy paladyna Wenzela, a potem Gorna.

– I świetnie się spisałeś – wtrącił Gorn. – Ręczę za to.

– A więc uznam, że to prawda – powiedział głośno Ubel, jakby w ogóle nie usłyszał tej rozmowy. – Zasługujesz na nagrodę. Dowiedz się, że Montera została wczorajszego wieczora odbita z rąk niedobitków naszych wrogów. Teraz miasto stoi puste, pozbawione zarządcy. Tobie przypadnie ten zaszczyt: powrócisz do Montery i będziesz władał miastem w mym imieniu.

– Dziękuję, panie – Sanford skłonił się nisko. – Jeśli pozwolisz, wyruszę natychmiast. Nie nadaję się do wielkiej polityki, za to wiem, że miasto potrzebuje odbudowy. Trzeba zorganizować uciekinierom powrót do domów…

– Postanowiłem więc, że wyruszysz od razu – przerwał mu Ubel. – Idź i w imię Innosa roztaczaj pieczę nad moim ludem. Idź!

Sanford zmieszał się lekko, ale skłonił się z szacunkiem. Potem wstał, pozdrowił Gorna skinieniem głowy i opuścił salę.

Ubel klasnął w dłonie.

– A więc to załatwione – powiedział z uśmiechem, który sprawił że jego błękitne oczy nabrały nieco nieprzytomnego wyrazu. – Jaka jest kolejna sprawa?

– Trzeba wyznaczyć dowództwo armii – odezwał się Galahad. – Siły Myrtany są póki co w rozsypce, a doprowadzenie wojska do porządku zajmie trochę czasu. Proponuję, abyś wyznaczył do tego zadania kogoś kompetentnego, kto ma doświadczenie zarówno w polu jak i…

– O ile się orientuję – przerwał mu Lee, bo wiedział już, do czego zmierza paladyn – to ja pozostaję generałem armii Myrtany. Z przyjemnością doprowadzę naszych chłopców do porządku.

– Wybacz – powiedział Galahad nie starając się nawet zbytnio ukryć tonu wyższości w głosie. – Nie podważam twoich kompetencji jako generała, ale uważam, że królewską armią powinien dowodzić ktoś z Zakonu. Paladyni są zbrojnym ramieniem Innosa, a król jest jego reprezentantem tu, na ziemi.

– Uściślając, Myrtana wciąż nie ma króla – odparł cierpko Lee. – Tym wypadałoby się zająć w pierwszej kolejności.

– To znakomity pomysł, Galahadzie, aby moją armią dowodzili paladyni – powiedział Ubel radośnie. Galahad skłonił się lekko. – Generale Lee, zachowasz tymczasowo swoją pozycję, dopóki nie rozwiążę pilniejszych spraw. Wszystkie ważne decyzje masz jednak konsultować z Galahadem.

Lee uniósł brwi.

– Naprawdę zamierzacie pozwalać na ten cyrk? – zapytał, tocząc wzrokiem po zgromadzonych paladynach. – Powinniśmy chyba na poważnie przedyskutować wybór nowego króla.

– Ja jestem nowym królem – odpowiedział Ubel pogodnie.

– Wybacz, ale póki nie udowodnisz swojego prawa do tronu, jesteś tylko nieznajomym dziwakiem, który pewnego dnia wyszedł z lasu i ogłosił wszem i wobec…

– Uważaj co mówisz – przerwał mu Galahad. – Podług naszego prawa zniewaga wobec korony jest surowo karana.

– Jakiej korony? – zapytał Lee podniesionym głosem, czując jak wzbiera w nim gniew. – Myrtana nie ma króla!

– Jak mówiłem, ja jestem królem, generale Lee – powiedział Ubel takim tonem, jakby zwracał się do kogoś opóźnionego w rozwoju. – Rada regencyjna poparła mnie, jak zresztą oczekiwałem. Oficjalna koronacja odbędzie się za kilka dni.

Lee potoczył wzrokiem po zebranych.

– Nie mówcie, że to prawda – powiedział cicho.

Nikt się nie odezwał. Paladni wyglądali na lekko skrępowanych; Javier zaczął bujać się na piętach, a Olivier wbił wzrok w kominek. Jedynie Galahad patrzył na generała z lekkim rozbawieniem, unosząc brwi.

– Chcecie mi powiedzieć – ciągnął Lee z niedowierzaniem – że nie tylko się na to zgadzacie, ale jeszcze oficjalnie udzieliliście mu poparcia?

– Ja niczego nikomu nie udzielałem – odezwał się Gorn. – Nie mam tu ani takiej pozycji, ani władzy.

– Generale Lee – zaczął Olivier – musisz zrozumieć, że to niełatwa decyzja. Wszystko wskazuje na to, że…

– Więc moje zdanie się tu w ogóle nie liczy? – przerwał mu Lee.

– Nie jesteś paladynem – odparł Galahad ze znużeniem.  – Po prawdzie nie powinieneś w ogóle zasiadać w radzie. Zgodziliśmy się na to tylko przez wzgląd na twoje militarne osiągnięcia. Pamiętaj, że nadal jesteś podejrzany o zamordowanie króla.

Atmosfera w sali tronowej zgęstniała błyskawicznie. Paladyni spojrzeli po sobie; Roland szepnął coś Olivierowi do ucha. Marius przyglądał się Ubelowi niepewnie, na twarzy tamtego panował jednak niezmącony spokój.

– Wrócimy jeszcze do tej sprawy, Galahadzie – powiedział a w jego głosie po raz pierwszy zabrzmiała jakaś inna, bardziej ludzka nuta. – Mój ojciec otrzyma sprawiedliwość, na jaką zasługuje władca Myrtany. Tymczasem zajmijmy się moją koronacją.

Lee prychnął nie kryjąc pogardy, przeszedł przez salę i wyszedł na taras. Przez okna zobaczyli, jak wchodzi na piętro drewnianymi schodami i znika im z oczu. Marius zawahał się, po czym skłonił się Ubelowi i wymaszerował z sali, wspinając się w ślad za Lee po spiralnych schodach.

 

Milten

 

Opasła, zniszczona księga spoczywała na jego kolanach. Starał się ostrożnie przerzucać karty, były bowiem pożółkłe i trzeszczały niebezpiecznie przy najlżejszym dotknięciu. Wpatrywał się w cienkie, pajęcze pismo z najwyższą uwagą.

– Nie masz dość? – zapytał Gorn, odwracając się od okna, przy którym stał z założonymi rękami. – Co jeszcze możesz wyczytać z tej starej księgi?

– Bardzo wiele – odparł Milten nie podnosząc głowy. – Pismo jest niekiedy nieczytelne, ale to prawdziwa skarbnica wiedzy. Cieszę się, że zabrałem ją z wieży wraz z tym kamieniem.

– Ano, kamień to się chociaż na coś przydał – przyznał Gorn. – Nigdy w życiu nie widziałem takiej burzy. Szkoda, że się rozsypał.

– Tak – westchnął Milten. – A z nim moja magia. To koniec. Nie rzucę już żadnego zaklęcia.

– Wiesz to na pewno? Może to tylko zmęczenie?

– Nie. To się czuje.

– Pokręcone czasy – mruknął Gorn kręcąc głową.

Milten milczał przez chwilę wpatrując się w pożółkłe stronice.

– Wiedziałeś, że przed założeniem kościoła Innosa w królestwie wyznawano innych bogów? – zapytał Gorna. – Rzecz jasna wtedy nie było to jeszcze królestwo, ale mieszkali tu już ludzie. Czczono tu wiele pogańskich bóstw, których imiona w większości popadły w zapomnienie, bo magowie ognia kazali zetrzeć wszelkie ślady dawnych religii z powierzchni ziemi.

– Jakoś mi to do nich pasuje – odparł Gorn. – Bez obrazy – dodał szybko.

– Pogańskie kulty zniknęły dawno temu, ale według tej księgi nadal można znaleźć pozostałości po dawnych bogach w starych miejscach kultu, ukrytych przed światem.

– A więc tym zajmował się ten stary nekromanta? – zapytał Gorn. – Bawił się w oddawanie czci pogańskim bożkom?

– Nie, Xardas nienawidził religii w ogóle – odparł Milten przerzucając stronę – uważał ja za szkodliwy twór spowalniający postęp i służący do zniewalania ludzi. Skrzętnie badał jednak stare zwyczaje i obrzędy tych, którzy mieszkali tu tysiące lat temu. Podobno odkrył jedno z miejsc dawnego kultu. Według jego zapisków znajduje się gdzieś na pustyni.

– Mnie te wszystkie stare historie nie fascynują tak, jak ciebie – powiedział Gorn z uśmiechem. – Chyba że, rzecz jasna, można się na tym dorobić. Pamiętasz, jak powiedziałeś mi o tym klasztorze w Górniczej Dolinie?

– Tak… – Milten zamyślił się. – Pomyśl: to musiało być jedno z miejsc kultu dawnych bogów. Tamtejsi mnisi potrafili przybierać kształt zwierząt.

– Druidzi też to potrafią – zauważył Gorn.

– Tak, ale oni czerpią moc od Adanosa. Skąd potrafili to ludzie żyjący na długo przed nastaniem naszej religii?

– Xardas nic o tym nie napisał? – zapytał Gorn.

– Nie – westchnął Milten. – Ciągle jednak wraca do tego ukrytego miejsca na pustyni, jakby przywiązywał do tego wielką wagę. Podobno ostatni wyznawcy starych bogów ukryli je, bojąc się prześladowań ze strony Pradawnych, wyznających Innosa. Dlaczego Xardas tak się tym interesował?

– Kto może wiedzieć co działo się w głowie tego starego nekromanty – Gorn wzruszył ramionami. – Zawsze uważałem, że był nieźle pokręcony. Zresztą, czy to ważne? Odszedł i więcej go nie zobaczymy.

– Tak… – odparł Milten z namysłem. Nagle zatrzasnął z hukiem księgę. – Jedna rzecz nie daje mi wciąż spokoju. Może to tylko błędne przeczcie, nie wiem, ale chciałbym to sprawdzić.

– Co takiego?

– Kiedy byłem w wieży Xardasa znalazłem… pewne zaklęcie. Wypowiedziałem je i zobaczyłem coś, o czym nie mogę przestać myśleć. Może to nic, ale chciałbym przekonać się na własne oczy.

– Nie mam pojęcia o czym mówisz – stwierdził Gorn. – Ale widzę, że do czegoś zmierzasz.

– Chcę… wybrać się w niewielką podróż – odparł Milten z wahaniem. – Nie powinno mi to zabrać wiele czasu.

– W takim razie chętnie pójdę z tobą – rzekł Gorn dziarsko. – Znudziło mnie siedzenie tu na tyłku i wysłuchiwanie tej politycznej gadki. Chętnie rozprostuję kości.

– Cieszy mnie twoja propozycja – odparł Milten z uśmiechem – i oczywiście przyjmuję ją. Nie mogę jednak obiecać, że będzie to porywająca wyprawa. Możliwe, że to tylko złudzenie albo jakieś moje wewnętrzne pragnienie, albo w ogóle kompletna bzdura, ale dla świętego spokoju chcę się o tym przekonać.

– Nie mam zielonego pojęcia o czym mówisz – stwierdził Gorn – i nic mnie to nie obchodzi. Każdy powód, nawet bzdurny jest dość dobry, by wsadzić topór za pas i wybrać się w drogę u boku starego kompana.

– Naprawdę cieszę się, że tak uważasz – odparł Milten z uśmiechem.

 

Lee

 

Lee wpatrywał się w morze kołyszące się lekko za oknami. Ręce założył za plecami i rozmyślał. Jego pozycja w stolicy z każdym dniem stawała się coraz mniej pewna; nie wątpił, że Galahad przekona Ubela do jego winy, a wtedy co go czeka… stryczek? Ścięcie? Czy pozostali paladyni staną w jego obronie? Sami poparli przecież Ubela. Już nie pierwszy raz go zdradzili.

Niewesołe rozmyślania przerwało mu pukanie do drzwi. Odwrócił się i zobaczył Mariusa.

– Szybko wyszedłeś z posiedzenia – powiedział, podchodząc do okna. – Rada regencyjna planuje teraz zapewne uroczystości koronacyjne.

– Świetnie – odparł Lee. Ze złością trzasnął dłonią w drewniane okiennice. – Nie mogę uwierzyć, że zdecydowaliście się poprzeć tego szaleńca.

– Ja wstrzymałem się od głosu – zaznaczył Marius.

– A więc nie mogę uwierzyć, że poparli go paladyni. Spodziewałbym się tego po tej gnidzie Galahadzie, ale Javier, Roland, Olivier? Co ich wszystkich opętało?

– Nie tylko oni – odparł Marius. – Z całego kraju napływają wyrazy poparcia dla nowego władcy. Lud potrzebuje króla, a kto w ich oczach nadaje się do tego lepiej niż syn Rhobara?

– Jeśli to rzeczywiście jego syn – powiedział Lee. – Można to jakoś potwierdzić?

– Niczego nie można powiedzieć z całą pewnością – westchnął Marius. – Jednak wiele elementów do siebie pasuje. Jego wiek, wspomnienia, jakie ma z czasu, gdy jako dziecko przebywał na dworze. Medalion który miał przy sobie nosi królewską pieczęć. Oczywiście może to być fałszywka, ale byłaby to wyjątkowo zręczna robota.

– Rhobar nie miał syna – odparł Lee. – Służyłem na jego dworze wiele lat, wiedziałbym, gdyby miał potomka.

– Podobno król ukrywał jego istnienie, ponieważ pochodzi z nieprawego łoża. Bał się, że szlachta nie uzna jego potomka, jeśli będzie bękartem. No i obawiał się reakcji królowej.

– Skoro jest bękartem, to chyba bez znaczenia? Nie jest prawowitym dziedzicem?

– To dość skomplikowane. Gdyby to była córka, nie byłoby mowy o sukcesji, ale pierworodny syn… w tych okolicznościach…

– Trudno mi uwierzyć, że król trzymałby go w ukryciu przez te wszystkie lata – stwierdził Lee kręcąc głową.

– O Rhobarze krążyły różne plotki, kiedy jeszcze żył – powiedział Marius. – Jedne bardziej nieprawdopodobne od innych. Według niektórych trzymał swoją córkę, księżniczkę narodzoną w sekrecie w wieży Górskiej Fortecy. Inni twierdzili, że całą władzę w królestwie sprawowała szlachta, a on był tylko jej marionetką.

– O tym mógłbym coś powiedzieć – mruknął Lee.

– Tak czy siak trudno czemukolwiek zaprzeczyć. Ubel twierdzi, że był trzymany w sekrecie ze względu na bezpieczeństwo swoje i królowej. Podobno matka zmarła przy porodzie a władczyni zgodziła się go usynowić aby uniknąć skandalu, kiedy prawda w końcu wyszła na jaw. Pamięta jej twarz… biorąc pod uwagę to wszystko…

– No dobrze, a gdzie się podziewał przez te wszystkie lata? – zapytał Lee.

– Mówi, że kiedy wybuchła wojna z orkami straż na polecenie króla zabrała go w tajemnicy ze stolicy. Oddali go pod opiekę starej niańki na obrzeżach królestwa, w kompletnej głuszy. Miał mieć wtedy dziesięć lat, a więc wiek się zgadza biorąc pod uwagę ile czasu upłynęło od tamtej pory.

Lee oparł się ciężko o framugę okna.

– Nadal trudno mi w to wszystko uwierzyć – powiedział w końcu.

– Mnie też – odparł Marius. – Możliwe, że to wszystko kłamstwa. Może stara niańka napychała mu głowę tymi głupotami przez piętnaście lat, aż w końcu naprawdę uwierzył, że jest potomkiem królewskiego rodu. Kto może wiedzieć, jak było naprawdę? Nie mogę jednak podważać jego władzy, skoro nie potrafię udowodnić, że mu się ona nie należy. Nawiasem mówiąc, ty też powinieneś być bardziej ostrożny.

– Co masz na myśli? – zapytał Lee prostując się z uwagą.

– Powraca sprawa śmierci króla. Jeśli rzeczywiście Ubel był jego synem, to ma powody, aby powiesić cię jako zdrajcę. Wiesz, jaką zbrodnią jest królobójstwo.

– Mam się bać?

– Póki co nikt nic ci nie udowodnił – uspokoił go Marius. – Ale obawiam się, że Galahad nastawi Ubela przeciw tobie. Nie wiem, jak zareagują inni paladyni ani po której opowiedzą się stronie, jednak z całego serca zalecam ci ostrożność. Lepiej nie prowokować losu.

– O to nie musisz się martwić – odparł Lee. – Po tylu latach życia w tych murach można przywyknąć do ostrożności.

 

Nefarius

 

Nefarius opuścił kielich i postawił go na stole. Posilił się odpowiednio po długiej podróży i ugasił pragnienie; teraz oparł się wygodnie o oparcie wiklinowego krzesła i sięgnął do kieszeni niebieskiej szaty, skąd wydobył małą fajkę. Zapalił ją i przez chwilę pykał z lubością, wypuszczając smużki dymu.

– Powinieneś przestać palić – stwierdził Saturas.

Nefarius uśmiechnął się lekko i wypuścił kółko z dymu.

– To słaby tytoń – powiedział. – Nie pozwalam sobie na więcej.

– Mam nadzieję – odparł Saturas.

Rozmawiali w obszernym namiocie rozstawionym wśród ruin pustyni w blasku zachodzącego słońca. Na zewnątrz wartę pełniło dwóch koczowników z plemienia Wutrasa. Reszta nomadów zgromadziła się nieco dalej, otaczając pierścieniem niewielką oazę; uzupełniali juki i napełniali menażki świeżą wodą.

Saturas potarł poorane zmarszczkami czoło. Ciemna twarz ściągnęła się w skupieniu, gdy stary mag pochylił się nad drewnianym stołem.

– Wszyscy inni odpowiedzieli już na wezwanie? – zapytał Nefariusa.

– Tak – potwierdził tamten. – Osobiście rozmawiałem z Cronosem i Riordianem, obaj potwierdzili spotkanie. Merdarion wyruszył z plemieniem Kayora, zaś Myxir zabrał się z Asaru. Teraz wszyscy zmierzają na wschód, na miejsce spotkania.

– Mógłbym mieć pretensje, że informujesz mnie na ostatku – rzekł Saturas z lekkim rozbawieniem. – Ale rozumiem to i nie mam żalu. W moim wieku czas nie jest sprzymierzeńcem, a ciągła wędrówka ścieżką Wiecznego Wędrowca nie jest łatwa. Mimo to uszanuję wezwanie plemion i wyruszę z tobą, ze mną zaś podąży plemię Wutrasa.

– To dobrze – odparł Nefarius. – Przemierzyłem całą pustynię wzdłuż i wszerz, starając się zebrać wszystkich na czas.

– Na kiedy wyznaczono spotkanie plemion?

– Shakyor Lew powiedział, że za trzy dni o zmierzchu musimy stawić się w wyznaczonym miejscu. Trzy dni o zachodzie, nie później i nie prędzej.

– Ciekawy ten człowiek, zwany Lwem – powiedział Saturas. – Mówią, że widzi przyszłość, a w każdym razie przeczuwa nadchodzące wydarzenia. Chętnie się z nim spotkam i zamienię dwa słowa, jeśli czas nam na to pozwoli. Ufam, że stawi się na spotkaniu?

– Tak, jednak zapowiedział, że przybędzie na ostatku – odparł Nefarius. – Ma jeszcze jedną rzecz do załatwienia, nie powiedział jednak o co chodzi.

– I bardzo słusznie – stwierdził Saturas. – Nigdy nie ujawniaj wszystkiego, co wiesz, bo wiedza jest niebezpiecznym narzędziem. Kto wie o tym lepiej niż my, kapłani Adanosa? Postanowione więc. Jutro o świcie wyruszamy.

Nefarius skinął głową. Zaciągnął się fajką i wypuścił z ust małego ptaka, który rozwinął białe skrzydła i odleciał, rozwiewając się w dym na ciemniejącym coraz bardziej horyzoncie.

 

Milten

 

Zeszli ze ścieżki i zagłębili się w las, podszyty niskimi krzewami. Drzewa rosły tu w sporych odstępach; pnie miały wysokie i smukłe, zielone korony rozpostarte wysoko nad ich głowami. Pod stopami chrzęściła im kora i zeschłe liście; poruszali się powoli, nasłuchując stukania samotnego dzięcioła. Poranek był słoneczny, ale chłodny i orzeźwiający.

– Całkiem tu ładnie – stwierdził Gorn – nie ma to jak wyrwać się z miasta na przechadzkę po lesie.

– Tak – odparł Milten – zawsze lubiłem poruszać się z dala od głównych traktów. W głębi lasu czuję spokój, którego nie znajduję nigdzie indziej.

– Ładnie powiedziane.

Szli jeszcze przez jakiś czas w milczeniu, przedzierając się przez niskie zarośla i depcząc grubą ściółkę, aż minęli dwie smukłe brzozy i znaleźli się na skraju niewielkiej polany, porośniętej z rzadka drzewami. Promienie słońca prześwitywały przez ich korony, liście kołysały się lekko na wietrze. Przed małą, drewnianą chatką na ławeczce siedział mężczyzna. Głowę miał opuszczoną, jakby pogrążony w myślach. Ukrytej w cieniu twarzy nie można było dostrzec.

Milten i Gorn podeszli do chatki, a wtedy mężczyzna podniósł wzrok i zobaczył ich. Milten stanął jak wryty, kiedy ich spojrzenia spotkały się. Przez chwilę stał tak, wpatrując się w jego twarz, aż Gorn gwizdnął cicho.

– No coś takiego! – zawołał. – Myślałem, że nie żyjesz!

Mężczyzna na ławce uśmiechnął się.

– Parę razy też mi się tak wydawało – powiedział Bezimienny.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.