FANDOM


Odcinek 9

 

Isgaroth

 

Andre i Isgaroth siedzieli w ratuszowej sali do późnej nocy, przy blasku kilku tylko świec, uważnie słuchając sprawozdania Jergana. Zwiadowca przekazał im wszystko, co usłyszał w ciągu ostatnich dni w zamku, dorzucił też sporo własnych obserwacji odnośnie orków i ich strategii wojennej. Lord Andre wypytywał go szczegółowo o ruchy orkowych wojsk, o liczbę ludzi pozostałych Garondowi, o zapasy w zamku i morale obrońców. Szczególnie interesowało go zachowanie orków; raz po raz powracał do tej kwestii.

– To bardzo dziwne – mówił. – Mając taką przewagę orkowie powinni wziąć zamek szturmem. Nie rozumiem, dlaczego jeszcze tego nie zrobili. Jakby na coś czekali.

Na wieść, że ekspedycji nie udało się zdobyć ani grama magicznej rudy Andre nie okazał zaskoczenia. Spodziewał się takiej wiadomości; przyjął ją ze spokojem, choć z ciężkim sercem.

– Teraz najważniejsze to znaleźć sposób na zabranie naszych ludzi z tej przeklętej wyspy – powiedział.

Isgarotha męczyła jednak inna część opowieści Jergana. Uparcie wracał do postaci mrocznego rycerza napotkanego przez Albrechta i Ciphera.

– Głęboko mnie to niepokoi – powiedział do lorda Andre. – Z tego, co mówi ten człowiek wynika, że mamy do czynienia z niezwykle potężnym ożywieńcem. Jeśli to rzeczywiście ten sam Martwy Rycerz, o którym wspominał lordowi Hagenowi orkowy wódz, to możemy wkrótce mieć do czynienia ze szczególnie groźnym przeciwnikiem.

– Co powinniśmy zrobić? – zapytał Andre. – Czy raczej: co możemy zrobić? Ledwie wystarczy mi ludzi, żeby zaplanować ewentualny powrót ekspedycji z Doliny.

– Nie wiem – wyznał Isgaroth. – Pierwszy raz słyszę o czymś takim. Ożywieniec na czele orkowych armii? Trudno zgadnąć jaki Beliar ma w tym cel. Jedno wszakże szczególnie mnie interesuje: ten symbol na jego zbroi, przypominający odwrócony krzyż… na pewno tak właśnie wyglądał?

– Tak twierdzi lord Hagen – odparł Jergan.

Isgaroth zamyślił się. Andre wpatrywał się z uwagą w jego twarz. Zdążył już zauważyć, że tego typu skupienie u maga nie oznaczało niczego dobrego.

– O co chodzi? – zapytał. – Znasz ten symbol?

– Zdaje mi się, że gdzieś już się na niego natknąłem – powiedział powoli Isgaroth. – Jestem prawie pewien, że to godło jednego ze starych odłamów zakonu paladynów. Wiele ich było w ciągu ostatnich setek lat, a te najstarsze często niemal zupełnie doszczętnie zniknęły z kart historii. Skrył je cień przeszłości i zapomnienia. Być może nadszedł czas, by rzucić na nie trochę światła.

– Co masz na myśli?

– Muszę przeprowadzić pewne badania – powiedział mag zdecydowanym głosem. – W klasztornej bibliotece powinienem znaleźć odpowiednie księgi.

– Zamierzasz opuścić miasto? Kiedy?

– Im prędzej tym lepiej – odparł Isgaroth wstając. – Jeśli przeczcie mnie nie myli, znajdziemy się niedługo w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Wyruszę z samego rana i powrócę najszybciej, jak się da.

– To znaczy kiedy? – zapytał ponuro Andre.

– Gdy tylko znajdę odpowiedzi na moje pytania – rzekł Isgaroth.

Tak też uczynił. Ledwie pierwsze promienie słońca pojawiły się na horyzoncie, zarzucił na siebie wyświechtaną, czerwoną szatę a przez ramię przewiesił przepastną skórzaną torbę. Opuścił swój dom w Górnym Mieście i przeszedł cicho przez śpiące jeszcze miasto. Strażnicy przy wschodniej bramie pozdrowili go z szacunkiem; nie z braku grzeczności, ale z zamyślenia nie zwrócił na nich uwagi. Ruszył szybko wydeptaną ścieżką, kierując się ku centrum wyspy.

Około dziewiątej rano stanął na rozdrożu przed gospodą Pod martwą harpią. Przez chwilę wahał się, czy zajrzeć do środka, ale uznał, że czas nazbyt go gonił; zdoła posilić się w klasztorze. Gdyby zajrzał wtedy do gospody, spotkałby Jarvisa siedzącego smętnie nad w połowie opróżnionym kuflem piwa. Karczmarz Orlan dostrzegł go przez okno i zawołał po imieniu. Isgaroth jednak, pogrążony w myślach, odwrócił się i ruszył wąską ścieżką wiodącą do klasztoru.

Dochodziła dziesiąta, gdy stanął u solidnego przęsła długiego, kamiennego mostu. Klasztor pobłyskiwał w oddali w promieniach porannego słońca. Isgaroth przebył szybko most i stanął u bram klasztoru, których w tych dniach strzegł Parlan. Zazwyczaj Najwyższa Rada wyznaczała do tego zadania nowicjusza, jednak po kradzieży Oka Innosa z klasztornego skarbca zdecydowano, że rozważniej będzie powierzyć to zadanie doświadczonemu magowi.

– Witaj, mistrzu – powitał Isgarotha Parlan. – Czyżby znudziła ci się posługa w mieście?

– Wprost przeciwnie – odparł Isgaroth. – Z każdym dniem mam tam więcej roboty.

– Skąd więc ta wizyta?

– Muszę koniecznie sprawdzić coś w starych księgach – rzekł Isgaroth. – Potrzebuję dostępu do pracowni arcymagów.

– Hmmm… – zawahał się Parlan. – Zgodę na wstęp do pracowni może wydać jedynie Najwyższa Rada…

– Nie mam na to czasu – rzekł Isgaroth ostro. – To naprawdę pilne, a mnie nagli czas. Tu chodzi o bezpieczeństwo nas wszystkich. Zaufaj mi, bracie, to sprawa wielkiej wagi.

Parlan popatrzył na niego z wahaniem.

– Jesteś bardzo tajemniczy, mistrzu – powiedział w końcu. – Niech będzie, zaufam twojemu osądowi. Wezmę na siebie Najwyższą Radę.

– Dziękuję – odparł Isgaroth. – Niech cię Innos wynagrodzi.

– Czy mogę zrobić dla ciebie coś jeszcze?

– Postaraj się, aby przyniesiono mi do pracowni coś do jedzenia i butelkę wina. Zakładam, że spędzę tam sporo czasu.

– Jak sobie życzysz.

Parlan podszedł do bramy klasztoru i wyciągnął z kieszeni szaty mały, miedziany klucz. Wsunął go w staroświecką dziurkę i otworzył furtkę. Isgaroth minął go i wszedł na klasztorny dziedziniec, gdzie zgięci w pół nowicjusze zajmowali się pieleniem grządek z chwastów.

Od razu skierował się do podziemi. Na najniższym poziomie, u końca długiego, ponurego korytarza oświetlonego zawieszonymi na ścianach pochodniami zatrzymał go Talamon.

– Nikt nie może wejść do pracowni bez zgody najwyższej rady – powiedział łagodnie, wyciągając rękę by zatrzymać Isgarotha.

– Mam zezwolenie od Rady – odparł krótko Isgaroth. – Przepuść mnie, jestem w sporym pośpiechu.

Talamon okazał delikatne zdziwienie, ale nie protestował. Odsunął się i pozwolił Isgarothowi przejść.

Pracownia arcymagów była długim, nisko sklepionym pomieszczeniem skąpanym w niemal całkowitym mroku. Jedynym źródłem światła były zwieszające się z sufitu lampiony w kształcie pentagramów, rzucające migotliwe światło na ciężki, zakurzony dywan. Pod ścianami stawiono drewniane pulpity; na każdym spoczywała opasła, zakurzona księga.

Isgaroth odłożył torbę na jeden z pulpitów i zabrał się do dzieła. Szybko obejrzał wszystkie wystawione na pulpitach księgi, jednak żadna nie była tą, której potrzebował. Pochylił się, bo otworzyć drewniane drzwi szafek i zaczął przeszukiwać przechowywane tam tomy.

Natrafił na wiele tytułów, które w innych okolicznościach byłyby dla niego interesujące. Znalazł księgi traktujące o wytwarzaniu potężnych run, a także traktaty magiczno-filozoficzne pióra Barthosa z Laran. Były tam tomy opisujące niezwykle rzadkie magiczne istoty, spisy niemal zapomnianych już zaklęć i księgi dotyczące historii klasztoru i samej wyspy.

W końcu natrafił na jedną księgę, która wyglądała obiecująco. Był to ciężki, opasły tom obleczony w brązową, wypłowiałą i wytartą skórę. Okładki spinały metalowe klamry, a sama księga była tak stara, że wydawało się iż lada chwila rozpadnie się w rękach. Isgaroth zdmuchnął tuman kurzu z okładki i w drżącym świetle świec odczytał tytuł wyłożony niegdyś zapewne złotem, a dziś, gdy złote płatki wypadły, jedynie wytłoczony w starej skórze: Zapis dziejów praojców świętego zakonu paladynów.

Na okładce nie było imienia autora. Isgaroth ostrożnie przeniósł księgę na jeden z pulpitów, odpiął metalowe klamry i otworzył ją. Papier był suchy i pożółkły, a karty trzeszczały i skrzypiały kiedy przewracał je powoli. Księga napisana była cienkim, chwiejnym charakterem pisma, a atrament miejscami tak wyblakł, że z trudem można było odczytać słowa. Mimo to Isgaroth uważnie studiował każdą stronę, poszukując czegoś, co naprowadziłoby go na właściwy trop.

W połowie księgi natrafił na coś, co przypominało spis starych rodów paladynów. Niektóre rody zajmowały po kilka stron, inne mieściły się na jednej - dwóch kartach. Przy każdym nazwisku widniał rysunek herbu, toteż Isgaroth przyglądał im się z uwagą. Patrząc po pojawiających się co jakiś czas datach, większość z tych rodów zniknęła z wyspy setki lat temu.

Dietmar Ukara przeczytał w myślach. 112-212. Mistrz Miecza.

Rodzina Ukara zajmowała w księdze kilkanaście stron i obejmowała swoim trwaniem wiele pokoleń. Spis kończyła Marta Ukara, 732-771. Jako kobieta nie mogła zostać paladynem, więc na niej linia zakonu się kończyła. Isgaroth przewrócił kilkanaście stron wstecz. Nie, to musiało być o wiele wcześniej. Musi szukać w naprawdę zamierzchłych czasach.

Przewrócił kolejną stronę i serce zabiło mu szybciej. U góry pożółkłej karty widniał rysunek przedstawiający odwrócony krzyż. Imienia rodowego nie można było rozczytać, a rozdział poświęcony tej linii zajmował jedynie pół strony. Isgaroth przysunął bliżej świecę i pochylając się nad cienkimi literami zaczął czytać.

 

Niewiele było w historii rodów tak doszczętnie zapomnianych, jak

owa linia przeklęta, którą tu opisujemy. Z wszelkich akt starto ich imiona i dziś

żaden człek nie pomni na bluźniercze ich czyny pogrążone w niepamięci.

Tutaj jednak przytoczymy pokrótce tę rzecz, jako przestrogę dla tych Mistrzów,

co zdecydują się badać najczarniejsze karty naszej historii. Niech będą pomni, świadkowie

tych czarnych dni!

Ród ten dawno już pokrył kurz zapomnienia i nieznane są imiona jego członków.

Jedno wszakże imię ostało się w pamięci: Imarchil, imię po trzykroć wyklęte.

Wielkiej to był sławy mąż i w wierze gorejącej

nikt mu nie dorównywał. Takoż wielką przyszłość mu wróżono

i takoż wielki upadek był jego, gdy czynów bestialskich się dopuścił, krwią niewinnych

plamiąc imię i honor swego rodu.

Długo opisywać by nam przyszło bezeceństwo i szaloną żądzę krwi, jaka rozpaliła jego serce.

Starczy rzec, że po wielu latach ohydy i mordu i nieustającej pogoni, usiekły go w końcu

miecze tych, których niegdyś nazywał braćmi i kres położyły jego szaleństwu.

Nie zasłużywszy na ostatnie honory paladynów, ciało jego złożono w krypcie przeklętej

w Dolinie Karynis, gdzie nikt nie miał go odnaleźć. Zaklęciami starymi obłożono

grób jego i klątwa straszna miała spaść na tego, kto poważy się zakłócić spokój

umarłego. Choć bowiem świat uwolnił się był od skazy jego, legendy późniejsze

mówiły, że mąż ów powstał z martwych i przepowiadały przyjście jego niby

zarazy mającej spaść na ten świat, niosąc mu straszliwą zemstę. Ile prawdy

w tych bajaniach było, nie sposób ocenić.

 

Isgaroth podniósł powoli głowę znad księgi. Cienkie, wyblakłe litery wirowały mu przed szeroko otwartymi oczami. Zdało mu się, że zimny wiatr załopotał nikłym płomykiem świecy, a w uszach rozbrzmiał mu dochodzący z oddali szyderczy śmiech. Niemal podskoczył, gdy czyjaś ręka dotknęła jego ramienia.

– Wybacz, że przeszkadzam, mistrzu – powiedział nowicjusz. W drugim ręku trzymał butelkę wina i sporych rozmiarów zawiniątko przewiązane sznurkiem. – Przyniosłem ci trunek i strawę.

– Dziękuję – odparł Isgaroth. – Bardzo mi się to przyda. Obawiam się, że będę tu siedział do późna.

Nowicjusz skłonił się i wyszedł z pracowni, a mag ponownie pochylił się nad księgą, uważnie, litera po literze, słowo po słowie rozczytując blade, wypłowiałe pismo.

 

Hagen

 

Pochyliwszy się nisko Hagen ściskał palcami nasadę nosa. Siedział zgarbiony na wyłożonym owczą skórą drewnianym tronie, naprzeciwko długiego stołu. Męczył go straszny ból głowy, a rozmowa, którą toczył od ponad godziny nie poprawiała mu wcale humoru.

– Lordzie Hagenie, przemyśl raz jeszcze swoje stanowisko – powiedział Garond. – Tak się po prostu nie godzi.

Hagen podniósł głowę.

– Czego się nie godzi? – zapytał gniewnie. – Dotrzymywać słowa danego przeciwnikowi? Czy nie jesteśmy paladynami? Nie obowiązuje nas honor?

– Nie godzi się układać z orkami – odparł Garond.

– To przeciwnik jak każdy inny – rzekł Hagen. – Czasem na wojnie, gdy zawiodą środki militarne, trzeba uciec się do pertraktacji. Umowa, którą zawarłem pozwoli nam na bezpieczne opuszczenie zamku.

– Jeśli orkowie jej dotrzymają – zauważył Garond. – Nigdy jeszcze nie słyszałem o orku, który respektowałby ludzkie prawa.

– Ufam Ur-Shakowi. Spędziłem dość czasu w jego niewoli, by móc to powiedzieć. Ma honor. Dotrzyma słowa.

– Na Innosa, lordzie Hagenie, to ork! – zawołał Garond. – Bezmyślna bestia, jak wszystkie te potwory. Naprawdę chcesz się z nimi układać, z tym pomiotem Beliara? Czy nie dość zabili naszych ludzi by każdy mógł ponad wszelką wątpliwość stwierdzić, że pragną wyłącznie naszej śmierci?

– A ilu z nich my zabiliśmy? – odparł Hagen. – Nie oceniałbym ich tak pochopnie, kapitanie. Nie będę tak arogancki, by twierdzić, że wiem coś ponad wszelką wątpliwość.

Garond patrzył na niego ze zdumieniem.

– Nie poznaję cię, lordzie Hagenie.

– Zmieniłem się.

– Wcale nie na lepsze – powiedział cicho Garond. – To, co proponujesz… to już nie tylko pomysł szaleńca, to… to zdrada. Zdrada zakonu, zdrada króla i królestwa.

– A więc zostanę zdrajcą – rzekł twardo Hagen. – Jeśli to cena za uratowanie życia naszych ludzi, chętnie ją zapłacę. Zostały dwa dni wyznaczone w naszej umowie z Ur-Shakiem. Pojutrze przekonasz się, że orkowie pozwolą nam opuścić zamek.

– Co do mnie – odezwał się Orik – to nigdy nie słyszałem o podobnych układach między ludźmi a orkami. Z całym szacunkiem, ale popieram zdanie kapitana. Mimo to jestem przede wszystkim żołnierzem i na wojnie słucham rozkazów. Jeżeli lord Hagen tak zdecyduje, to ja nie będę protestował.

Cipher odchrząknął, kręcąc się niewygodnie w krześle.

– Jak na mój rozum to też poroniony pomysł – powiedział, po czym dodał jakby niechętnie: – ale Hagen… no, dobra, lord Hagen – dodał, widząc karcący wzrok Orika – dał mi obietnicę, że nikt mnie nie ruszy w tym zamku i dotrzymał słowa. Gdyby nie to, nie miałbym dokąd uciec i najpewniej orkowie porąbaliby mnie na kawałki. Dlatego teraz nie będę się sprzeciwiać. Jak chcecie się dogadywać z orkami to proszę bardzo.

Garond milczał przez chwilę, wyraźnie niezadowolony. W końcu wstał i odezwał się nieco głośniej:

– Zostawcie nas samych – polecił zgromadzonym. Orik i Albrecht skinęli głowami, powstali ze swoich miejsc i szybko opuścili salę. Cipher podniósł się ociężale, rozprostował powoli kości, po czym dość niespiesznie wytoczył się na korytarz.

Gdy zostali sami, Garond zwrócił się znowu do Hagena.

– Lordzie Hagenie – powiedział cicho – zdajesz sobie sprawę, że będę musiał złożyć raport z twoich poczynań królowi, jeśli… gdy już powrócimy na kontynent?

– Jestem tego świadom – odparł spokojnie Hagen.

– Nie zastanawia cię, jak zareaguje Rhobar gdy się dowie, że poddałeś zamek? Jedyną twierdzę, jaką posiadamy na tym terenie? Którą broniliśmy z takim wysiłkiem przez tyle miesięcy?

– Króla tu nie ma – powiedział Hagen. – Nie musi podejmować tych decyzji. Łatwiej wszystko oceniać z odległego Vengardu.

Garond milczał przez chwilę.

– Może masz rację – odezwał się ostrożnie. – Ale takie królewskie prawo. Dostaliśmy wyraźne rozkazy. Jeśli to zrobisz… jeśli je złamiesz, by układać się z orkami…

– Już powiedziałem – przerwał mu Hagen. – Jeśli mam być w waszych oczach zdrajcą, jestem na to gotów.

– To, co ja myślę niewiele może dla ciebie znaczy – odparł Garond. – Czy obchodzi cię zdanie króla, nie wiem. Może rzeczywiście nie boisz się konsekwencji, a może postradałeś zmysły. Nie mi to oceniać. Zrobisz, co uznasz za stosowne, a ja zrobię, co ja uznam za stosowne.

Skłonił się i pomaszerował w stronę wyjścia. W drzwiach odwrócił się jeszcze.

– Przypomnij sobie, co spotkało generała Lee – powiedział na odchodnym. – Pomyśl o jego złamanym życiu, o zniszczonej reputacji, utraconym honorze... Naprawdę chcesz podzielić jego los?

Odwrócił się i nie czekając na odpowiedź wyszedł z sali, zostawiając Hagena w milczeniu siedzącego na pogrążonym w cieniu tronie.

 

Jarvis

 

Dochodziła dziewiąta rano i w gospodzie Pod martwą harpią ruch był raczej niewielki. Orlan stał za barem, polerując leniwie kufle. Kilkoro gości przysiadło do niskiego drewnianego stołu, rozmawiając przyciszonymi głosami i popijając piwo. Dzień był słoneczny i przez otwarte na oścież okiennice wpadało do środka przyjemne, ciepłe światło.

Jarvis obracał w rękach opróżniony do połowy miedziany kufel, wpatrując się w wirujący, ciemnozłoty płyn na dnie. Siedział tak przy stole w najdalszym kącie sali, przygarbiony i samotny. Głowę wypełniały mu ponure myśli.

Nie miał się dokąd udać. Nie mógł już wrócić na farmę, wątpił też, by przyjęto go na innych gospodarstwach, zwłaszcza po tym, jak obrabował – nie bał się teraz użyć wobec siebie tego słowa – zasłużył w końcu na nie – farmę Bengara z całego jego majątku. Zraził do siebie zarówno chłopów jak i najemników i nie sądził, by którykolwiek farmer pozwolił mu przynajmniej spędzić noc w swojej stodole. Nie wiedział więc co ze sobą zrobić; nie miał pieniędzy na wynajęcie pokoju w gospodzie, bo Onar nie zapłacił mu na odchodnym ani miedziaka. Do miasta natomiast na pewno się nie wybierał.

Tak siedział, pogrążony w smętnych myślach, gdy podszedł do niego Orlan z kuflem w jednym ręku i brudną szmatą w drugim.

– Jeszcze jedno? – zagadnął żywo.

Jarvis spojrzał na niego ponuro i wskazał na swoje niedopite piwo.

– Jeszcze mam – mruknął. – Poza tym nie mam pieniędzy, a chyba nie dostanę tu alkoholu na krechę?

– Chyba nie masz szczęścia, synu – stwierdził Orlan. – Widziałem już parobków zapijających swoje smutki, ale nie mieć czym za to zapijane zapłacić, to już naprawdę współczucia godna sytuacja. Przy czym oczywiście, masz racę, nie ma u mnie nic za darmo.

– Wiadomo – odparł Jarvis z rezygnacją. Nawet nie miał siły się spierać.

Orlan zmierzył go uważnym wzrokiem.

– Czy mi się wydaje, czy jesteś jednym z tych najemników z majątku Onara? – zapytał. – Może czas już wrócić na farmę? Prześpisz się porządnie to świat od razu wyda ci się weselszy.

Jarvis parsknął niewesołym śmiechem.

– Wywalili mnie wczoraj – odparł ponuro.

Orlan gwizdnął.

– No to musiałeś nieźle zaleźć za skórę staremu Onarowi. Co żeś narobił, pobiłeś jakiegoś wieśniaka? Zbrzuchaciłeś mu córkę? Zresztą, nie moja sprawa. Dokąd teraz się wybierasz?

Jarvis wzruszył ramionami.

– Nie mam pojęcia – wyznał. – Nie pójdę ani na farmy, ani do miasta, a do klasztoru nawet by mnie końmi nie zaciągnęli.

– Nie pozostawiasz sobie zbyt wielkiego wyboru – zauważył Orlan. – Wygląda na to, że zostaje ci tylko Górnicza Dolina, ale samobójcą chyba nie jesteś, co?

Jarvis milczał przez chwilę. Niewyraźna myśl zaczęła błąkać mu się po głowie. Orlan tymczasem wpatrywał się w otwarte okno gospody.

– Ja na twoim miejscu spróbowałbym w klasztorze – powiedział powoli. – Najemnika raczej nie przyjmą ciepło w mieście, ale… o, proszę, o wilku mowa, czy to nie jeden z magów? Mistrzu Isgarocie! Mistrzu Isgarocie!

Pomachał trzymaną w ręce szmatą, ale zamyślony mag nawet go nie zauważył. Odwrócił się i pomaszerował ścieżką prowadzącą do klasztoru.

– Ten to musi mieć sporo na głowie – powiedział Orlan, odrywając powoli wzrok od okna. – O czym to mówiliśmy…?

– O Górniczej Dolinie – przypomniał mu Jarvis.

– No tak – rzekł Orlan. – Jak mówiłem, tylko samobójca by się tam wybrał.

– Ja i tak nie mam nic do stracenia – oznajmił Jarvis.

Nagle chwycił swój kufel i wychylił go do dna jednym haustem. Potem podniósł się ciężko i rzucił Orlanowi ostatnią monetę, jaką zdołał wygrzebać z zawieszonego u pasa skórzanego mieszka.

– Dzięki za rozmowę – powiedział.

– Nie mówisz chyba poważnie? – zapytał Orlan zdumiony.

Jarvis wzruszył ramionami.

– Gorzej już nie będzie – powiedział obojętnie. – Równie dobrze mogę spróbować szczęścia w Górniczej Dolinie.

Odsunął krzesło i wyszedł z gospody, zostawiając za sobą oniemiałego Orlana ze szmatą zastygłą w połowie drogi do wypolerowanego już na błysk kufla.

Przed drzwiami karczmy przystanął na chwilę i wyciągnął się, by rozprostować kości. Potem podszedł do niewielkiego drogowskazu umieszczonego na drewnianym słupie wbitym w ziemię obok niskiego płotku.

Do przełęczy przeczytał na jednej z drewnianych strzałek wskazującej na ścieżkę prowadzącą na płaskowyż.

Westchnął w myślach i ruszył ścieżką. Próbował pogwizdywać, żeby poprawić sobie humor, ale nie znał żadnej melodii, toteż po chwili szedł już w ciszy, a ciepłe promienie słońca ogrzewały mu plecy.

 

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.