FANDOM


Odcinek 8

 

Jarvis

 

Na farmach panowała cisza, choć wydawało się, że w powietrzu niosą się jeszcze echa okrzyków i odgłosów bitwy. Majątek ziemski wyłaniał się sennie z porannej mgły wraz ze wstającym słońcem; mgła unosiła się i na trawie osiadły kropelki rosy. W oddali kilku farmerów wychodziło leniwie na pola.

Droga do majątku została oczyszczona, przewrócony wóz rozbity i pocięty na deski, resztki barykady uprzątnięte. Ciała zabitych strażników wywieziono na taczkach ścieżką między polami do niewielkiej jaskini w skalnej ścianie: wieczorem zejdą się tam polne bestie i zrobią z nimi porządek. Dla poległych najemników wykopano świeże groby nieopodal małej kapliczki na obrzeżach farmy i zasypano świeżą ziemią.

Jarvis siedział w stodole na prostym, drewnianym łóżku wyłożonym sianem. Odwiązywał właśnie z nogi brudny bandaż, który poprzedniego dnia założyła mu naprędce Thekla. Spora liczba najemników odniosła o wiele cięższe rany, niż on, toteż kucharka zajęła się nim tylko pobieżnie. Na każde słowo niezadowolenia miała jedną odpowiedź: jeśli coś ci się nie podoba, możesz zawsze iść do zielarki.

Jarvis odrzucił bandaż i spojrzał na ranę na nodze. Długie rozcięcie biegło poniżej kolana, o wiele płytsze, niżby mogło być gdyby nie chroniły go metalowe nagolenniki. Z ulgą stwierdził, że nie wdała się infekcja, bo Thekla przemyślnie wsadziła pod ciasno zawinięty bandaż rozgniecione zioła lecznicze. Co dwa tygodnie posłaniec przynosił jej świeżą porcję od zielarki mieszkającej w lasach za farmami.

Sięgnął po czysty kawałek płótna i owinął nim ciasno nogę. Właśnie kończył wiązać węzeł, gdy padł na niego cień. Podniósł głowę i zobaczył Khaleda stojącego w drzwiach stodoły.

– Mieliśmy szczęście – powiedział. – Usiekliśmy ich przynajmniej dwunastu, może więcej, podczas gdy naszych padła niecała ósemka. Mówię niecała, bo rana Festera się babrze i nie ma pewności co będzie z nim dalej.

– To dobrze – odparł Jarvis krótko.

Khaled nie wyglądał na zadowolonego.

– Mimo to – podjął gniewnym tonem – ponieśliśmy cięższe straty niż paladyni, biorąc pod uwagę ilu my mamy tu ludzi a ile straży jest w mieście.

– Podobno Hagen i cała jego banda poszła do Górniczej Doliny i słuch o nich zaginął – powiedział Jarvis. – Wieśniacy z farmy Bengara tak mówili.

– A co to ma do rzeczy? – zapytał Khaled.

– To, że siły paladynów są już bardzo osłabione. Ten atak był dla nich sporą porażką. Nie sądzę, żeby odważyli się jeszcze zaatakować farmy.

– Chyba, że wróci Hagen.

Jarvis parsknął wymuszonym śmiechem.

– Z Górniczej Doliny nie ma powrotu – rzucił krótko.

Khaled wpatrywał się w niego przez chwilę w milczeniu.

– Onar cię wzywa – rzekł w końcu. – Po to właściwie tu jestem. Masz się zjawić natychmiast.

– Jasne – odparł Jarvis obojętnie.

Khaled odwrócił się i wyszedł ze stodoły.

Jarvis westchnął ciężko. Dokończył wiązanie opatrunku i założył na niego porysowany nagolennik przecięty niemal na całej długości ciosem miecza. Będzie musiał powiedzieć Hodgesowi, żeby wykuł dla niego nowe. Wyszedł ze stodoły i ruszył od razu w kierunku domu Onara. Po wejściu do przedpokoju skierował się w stronę lewego skrzydła.

Wszedł do przepastnego salonu. Onar siedział jak zwykle w swoim fotelu, zwrócony plecami do wygasłego kominka. Spojrzał na Jarvisa spode łba, gdy ten zbliżył się i stanął przed nim, obok długiego, pustego stołu.

– To ty jesteś Jarvis? – zapytał opryskliwie.

– Tak.

– Chodzą mnie słuchy, że podburzasz moich najemników przeciw miastu – rzekł Onar ostro.

– Ja…

– Ten wczorajszy atak to twoja wina.

– Nie do końca – odparł Jarvis, choć nie wiedział co powiedzieć dalej. – To…

– Nie dyskutuj – przerwał mu Onar. – Zachęcałeś najemników do bicia farmerów i za to zaatakowała nas straż.

– To Raoul zarządził napady na inne farmy – rzucił Jarvis, próbując się bronić.

– A kto to do cholery jest ten cały Raoul?

– Szef najemników.

– I gdzie on jest?

– Nie żyje.

– To po cholerę zawracasz mi nim głowę? – zapytał Onar zniecierpliwiony. – Do ciebie mam sprawę.

– Jaką? – zapytał Jarvis.

– Masz się więcej nie pokazywać na farmie – rzekł Onar.

Jarvisa zamurowało.

– Co? Ale…

– Skończyłem rozmowę – rzucił krótko Onar. – Wypad, albo każę chłopakom cię stąd wykopać.

Jarvis nie wiedział co powiedzieć. W głowie miał mętlik, a Onar odwrócił się już od niego. Miał rację, nie było o czym dyskutować. Po tym, co się wydarzyło wczoraj chłopaki na pewno się za nim nie wstawią. Musi odejść z farmy.

Powoli przeszedł przez salon i przedpokój i wyszedł z domu. Przystanął przy drzewie i rozejrzał się. Kilku najemników przechadzało się w tę i wewtę. Zerkali na niego ukradkiem, ale gdy napotykali jego wzrok od razu spuszczali oczy. Musieli wiedzieć wcześniej. Wszyscy wiedzieli, tylko on dowiedział się jako ostatni.

Ruszył przed siebie. Minął gospodę i drzwi stodoły; nie miał niczego, co mógłby ze sobą zabrać. Na samym skraju farmy, u stóp ścieżki biegnącej dalej przez pola stał wparty o drzewo Khaled. Patrzył na Jarvisa bez współczucia.

– Onar mnie wywalił – powiedział Jarvis.

– Wiem – odparł Khaled. – Sam sobie na to zapracowałeś.

Jarvis wzruszył ramionami. Nie wiedział właściwie, czego się spodziewał. Że Khaled go poprze? Że się za nim wstawi? Od początku był przeciwko niemu. Najpierw zdradził go Lee a teraz zdradzili go chłopcy z farmy.

Ruszył ścieżką przed siebie, między polami, nie zwalniając kroku i nie oglądając się.

 

Sędzia

 

Dzień za oknami był jasny i dość ciepły jak na tę porę roku. Poranna mgła zniknęła już całkowicie i miasto wypełniał odgłos kroków, stukot kół na bruku, stłumione dźwięki rozmów i przekrzykiwania handlarzy na odległym placu targowym.

Sędzia siedział w fotelu, sącząc powoli wino. Był w dobrym nastroju: wczoraj wieczorem do miasta powrócił lord Andre prowadząc ze sobą jedynie kilku poobijanych strażników. Reszta jego ludzi poległa w walce na farmach i ta porażka niezwykle cieszyła Sędziego. Miał to być, w jego umyśle, kolejny gwóźdź do trumny Andre i kolejny szczebel w drabinie jego własnego sukcesu.

– Wygląda na to – powiedział powoli, sącząc błogo ciemne wino ze złotego kielicha – że wyprawa do majątku Onara okazała się klęską. Tylu poległych i wszystko na nic.

– Tak – zgodził się Larius, odchylając się w swoim fotelu naprzeciwko kominka. – Wszyscy wiedzieli, że ta wyprawa miała na celu aresztowanie ziemianina, a teraz nie dość, że nic z tego nie wyszło, to stosunki z farmerami będą jeszcze bardziej napięte.

– I o to chodzi – odparł Sędzia. – Po takim ataku farmerzy nie zaufają już straży, a miasto już huczy od głosów niezadowolenia. Ludzie mają dość rządów Andre. Długo to już nie potrwa.

– Jaki mamy dalej plan?

– Trzeba dalej ostrożnie podsycać ten konflikt – powiedział Sędzia, odrywając usta od kielicha. – Jeśli nastroje, że tak to ujmę, antypaladyńskie, będą się utrzymywały w miescie, będziemy mogli uczynić bardziej zdecydowany krok.

– Ale – rzekł Larius z lekkim wahaniem w głosie – czy rozsądnie jest doprowadzać do tak wielkiej eskalacji konfliktu? Nie chcemy tu przecież regularnej wojny domowej.

– Wojna i tak już trwa – odparł Sędzia lekceważąco. – A ta wojna bardzo nam się przysłuży. Zresztą kiedy już odzyskamy władzę, zajmiemy się i farmerami. Ludzie zobaczą jak wyglądają prawdziwe, skuteczne rządy po tej nieudolnej partaninie w wykonaniu Andre. Bądź spokojny, przyjacielu, niedługo znowu zasiądziesz w fotelu gubernatora.

Na chwilę umilkł, wpatrując się w okno i sącząc powoli wino. Sytuacja była sprzyjająca, ale nie można było teraz pozwolić sobie na odpoczynek. Trzeba iść za ciosem.

– Ile zapasów udało się zgromadzić miastu na wypadek, gdyby farmerzy całkowicie odcięli dostawy żywości? – zapytał jakby miochodem. – O ile dobrze się orientuję, w obecnej chwili otrzymujemy dostawy wyłącznie od Akila i Lobarta?

Larius zastanowił się.

– Z tego, co mi wiadomo – powiedział powoli – w razie przerwania dostaw mamy dość zapasów, by przetrwać miesiąc, góra dwa, a i to przy bardzo rozsądnym gospodarowaniu.

– Masz na myśli, że obywatele przetrwają miesiąc lub dwa – poprawił go Sędzia. – My jesteśmy chyba lepiej przygotowani?

– O to się nie martw – zapewnił go Larius. – nam jedzenia nie zabraknie.

Sędzia uśmiechnął się.

– Świetnie – powiedział. – W takim razie pora na nasz kolejny ruch. Wyślij posłańca do Akila i do Lobarta. Niech wygląda na najemnika, wygrzeb skądś ten ich plugawy pancerz. Niech powie, że Onar obiecuje im pełną ochronę przed strażnikami pod warunkiem, że natychmiast przerwą zaopatrywanie miasta.

– Ale co na to straż? – zapytał Larius z wahaniem. – Czy nie posuwamy się za daleko? Te farmy znajdują się blisko miasta…

– Andre nie będzie miał dość ludzi, żeby podjąć jakiekolwiek kroki – rzucił niecierpliwie Sędzia. – Wieści o ataku na majątek Onara na pewno rozniosły się już po farmach. Akil i Lobart na pewno uznają, że przyda im się dodatkowa ochrona najemników. O, właśnie, niech posłaniec wyraźnie da im do zrozumienia, że to Andre stał za tym atakiem… i że skoro tam poniósł klęskę, to planuje w najbliższym czasie odbić to sobie na mniejszych farmach.

Larius nie wyglądał na przekonanego. Obracał w palcach złoty kielich, szukając właściwych słów.

– Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł – wydusił w końcu. – Nie zrozum mnie źle, jestem całym sercem za odwołaniem Andre, ale do czego doprowadzi to ciągłe judzenie na siebie obu stron…

– Doprowadzi do tego, ze odzyskamy to, co odebrali nam bezprawnie paladyni! – rzucił Sędzia ze złością. Wziął potężny haust wina, które pociekło mu po brodzie. Otarł ją zamaszyście rękawem. – Za głęboko w tym siedzimy, żebyśmy mieli się teraz wycofać.

– Nie, nie myślę o wycofaniu się, tylko… – zaczął Larius niepewnie.

– A więc przestań narzekać i bierz się do roboty – ofuknął go Sędzia. – Nie będę wszystkiego robił sam. Jeszcze dziś posłaniec „najemników” musi odwiedzić farmy.

– Tak, oczywiście – odparł Larius niechętnie.

Dopił swoje wino i odstawił kielich na mały stolik. Potem wstał i nie oglądając się na sędziego wymaszerował z pokoju.

 

Isgaroth

 

– Jasna cholera – zaklął lord Andre.

Siedział przy stole w głównej sali ratusza, odchylony na krześle, z zaciśniętymi zębami. Obok niego pochylał się nad jakimiś papierami Isgaroth. Oprócz nich w pokoju nie było nikogo; tylko paladyn Girion strzegł wejścia do ratusza.

– Ta wyprawa była kompletną pomyłką – rzekł Andre ponuro. – Straciłem zbyt wielu ludzi a najemnicy tylko utwierdzili się w przekonaniu, że są wobec nas całkowicie bezkarni. Nie zdziwiłbym się, gdyby ośmielili się na tyle, żeby zaatakować miasto.

– Nie sądzę, żeby miało do tego dojść – odparł Isgaroth. – Sytuacja jest napięta, ale Onar, choć uparty, nie jest takim głupcem, aby ryzykować otwartą wojnę z Khorinis.

– Przecież już nam ją wypowiedział! – rzucił Andre. – To jakaś katastrofa. Teraz nie mamy już szans na uzyskanie poparcia farmerów przeciw Onarowi.

Isgaroth milczał przez chwilę. Widać było, że bardzo niechętnie zamierza znowu zabrać głos.

– To niestety nie wszystko – powiedział powoli. – Sytuacja w mieście też nie jest wesoła. Ludzie zdają się uważać, że ta eskalacja konfliktu z Onarem to twoja wina. Że twoja rządy są, delikatnie mówiąc, niedolne.

Andre potarł czoło ręką w metalowej rękawicy.

– Kto tak mówi? – zapytał ciężko.

– Obawiam się, że wszyscy – odparł Isgaroth. – Ktoś roznosi te poglądy po górnym mieście. Wczoraj odwiedziłem tego maga wody posługującego w miejskiej świątyni, Myxira. Wiele informacji do niego dociera. Mówi, że szanowani obywatele szepczą przeciw tobie. Na targowisku o niczym innym się nie mówi, Dzielnica Portowa aż huczy od niezadowolenia. Nawet niektórzy z twoich strażników zaczynają gadać… Obawiam się, że jeśli sytuacja się nie poprawi, możesz szybko stracić cały autorytet.

– Musiałby się zdarzyć cud – odparł Andre zrezygnowany. – Może powinniśmy dać sobie z tym spokój. Zebrać ludzi i wrócić na kontynent, gdzie toczy się prawdziwa wojna. Niech sobie Larius radzi z tym chłopskim buntem.

Westchnął ciężko.

– Jakieś wieści w sprawie budowy nowego statku? – zapytał Isgarotha.

– Odwiedziłem wczoraj tego szkutnika, Garvella – odparł mag. – Rozpoczął budowę swojego statku kiedy tylko paladyni przybyli do miasta, więc prace są już daleko posunięte. Myślę, że gdybyśmy go nieco dofinansowali, to można oczekiwać, że okręt będzie w najbliższym czasie gotowy. Problem tylko w tym, że to nie jest statek handlowy, więc jeśli planujesz przewieźć na nim spory ładunek rudy…

– Nie – przerwał mu Andre bezbarwnym głosem. – Nie sądzę, żebyśmy zabrali stąd jakąkolwiek rudę. W tej chwili chcę tylko zabrać moich ludzi z powrotem na kontynent. Oczywiście – westchnął ciężko – będziemy musieli poczekać na powrót lorda Hagena.

Jak na życzenie, w tej chwili z przedpokoju dobiegł ich głos Giriona:

– Lordzie Andre, jakiś człowiek chce się z tobą widzieć. Twierdzi, że przybywa z Górniczej Doliny.

Andre wyprostował się.

– Wpuść go – polecił.

Po chwili do pokoju wszedł zmęczony, poobijany mężczyzna. Jego twarz pokrywały siniaki i zadrapania. Oczy miał przekrwione i podkrążone.

– Na Innosa – powiedział Isgaroth. – Wyglądasz jakbyś dwa dni maszerował bez odpoczynku.

– Tak było – odparł zwiadowca. – Nazywam się Jergan i przychodzę z Górniczej Doliny. Przynoszę ważną wiadomość od lorda Hagena.

 

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.